Wieża

 Wieża była nadgryziona zębem czasu i patrząc na nią nie można było się oprzeć wrażeniu, ze czas ma bardzo duże zęby. Struktura utrzymywana była w całości zapewne jedynie siłą przyzwyczajenia, jako ze chorowicie wyglądające pędy przywiędłego bluszczu trudno było o to podejrzewać. Wchodzenie po schodach na którąkolwiek z kondygnacji było prostym i skutecznym sposobem na szybkie popełnienie samobójstwa.

Komnata, do której Yvette i Dziki Mag właśnie się wteleportowali była swego rodzaju paradoksem: śmierdziało w niej jednocześnie zgnilizną i kurzem. Jeżeli była kiedykolwiek wietrzona, to ktoś, kto to robił, nie poświęcał najwyraźniej tej czynności dużo czasu. Uwagi pewnie też nie - sądząc po zapachu stęchłego powietrza, zapominał zapewne notorycznie w trakcie tego procesu otworzyć okno.

 - Ciekawe miejsce - stwierdziła z przekąsem Yvette, starając się nie oddychać zbyt głęboko i wybrać jak najoględniejszy przymiotnik na określenie roztaczającego się przed nią widoku.

 Mag nie uznał jej wysiłków w zakresie kurtuazji za wystarczająco zaawansowane, by cokolwiek odpowiedzieć i nie przerwał ani na chwilę poszukiwań w stosie zmurszałych ksiąg i pergaminów. Wnioskując z jego wściekłej miny i niecierpliwych gestów, poszukiwania były równie intensywne, co bezskuteczne. Na domiar złego gwałtowne ruchy Dzikiego Maga bynajmniej nie poprawiały dusznej atmosfery panującej w pomieszczeniu.

 - Czy ty naprawdę mieszkałeś kiedyś w tej.... ruinie? - zapytała umiarkowanie uprzejmie Yvette, zirytowana już nieco brakiem zainteresowania jej osobą oraz faktem, że w komnacie nie było żadnego sprzętu, na którym odważyłaby się usiąść. Obawa pobrudzenia sobie sukienki nie była jednym powodem dla którego postanowiła stać - wszystkie krzesła oraz ława przedstawiały podobny stan zużycia jak księgozbiór Maga. Jedyną różnicę stanowił fakt, że spadając z pergaminu trudniej jest skręcić nogę.

 - Zdziwiłabyś się, droga moja Yvette, w jak świetnym stanie są tutejsze lochy - jeżeli Dziki Mag starał się, żeby zabrzmiało to łagodnie, to poniósł dotkliwą porażkę. Yvette usłyszała w jego głosie bardzo realistyczny zgrzyt żelaznego łańcucha. Zaprzestanie krytykowania rozwiązań architektonicznych wydało jej się nagle całkiem niezłym pomysłem. Znała Maga na tyle, że z dużą dozą prawdopodobieństwa mogła założyć, że ostatnią rzeczą, którą mial na myśli to chwalenie się wystrojem wnętrz.

 W momencie, kiedy Dziki Mag rzucił z frustracją na podłogę kolejne tomiszcze, wzniecając przy tym tumany kurzu, Yvette nie wytrzymała i podeszła do okna w szczerym zamiarze rozrzedzenia zaduchu odrobiną świeżego powietrza. Nie odwracając zakapturzonej głowy Dziki Mag zamarł na sekundę, po czym wycedził stanowczo przez zaciśnięte zęby:

 - W tym pomieszczeniu okien się nie otwiera, to źle wpływa na pergaminy! - Stanowczości Maga nie łagodził bynajmniej dość oczywisty fakt, iż wszystko, co mogło zaszkodzić jego zbiorom, dawno już to zrobiło.

 - Jeżeli się tutaj podusimy, to już nigdy więcej nie będziesz potrzebował swoich papierzysk - odparła Yvette i zaniosła się równie dramatycznym, co w oczywisty sposób udawanym, gruźliczym kaszlem. Następnie ostentacyjnie poprawiła włosy i wspięła się na parapet w głębokiej wierze, że jednak uda się jej otworzyć okno.

 Okno z charakterystyczną dla przedmiotów martwych złośliwością postanowiło nie dać się otworzyć.

 Dziki Mag, który właśnie miał zamiar wytłumaczyć upartej Sidhe, że zostało ono celowo zbudowane w ten sposób, by się nie otwierało, doszedł nagle do wniosku, iż wyjaśnienia mogą jeszcze poczekać parę chwil. Usadowiwszy się stosunkowo wygodnie pomiędzy kominkiem a resztkami stołu zaczął kontemplować nogi Yvette, które z tej perspektywy wyglądały wyjątkowo korzystnie.

 Yvette jeszcze raz podjęła próbę przekonania okna o wyższości postawy otwartej nad zaciętością w odmowie kooperacji, choć jej wysiłki ograniczane były znacznie niechęcią zniszczenia swoich starannie wypielęgnowanych paznokci. Poddać się jednak nie miała najmniejszego zamiaru.

 'Otworzę to przeklęte okno, nawet jeśli miałabym,' pomyślała z charakterystyczną dla siebie dużą dozą przesady, 'paść tutaj na astmę!'

 Obróciwszy się miała właśnie poprosić o pomoc Dzikiego Maga, kiedy zauważyła błądzący w kącikach jego ust dziwaczny uśmiech. Domyślenie się, w co jeszcze przed chwila wlepiał swoje nienaturalnie zielone oczy nie było szczególnie trudne.

 O ile Dziki Mag nie miał nic przeciwko rozwojowi sytuacji, o tyle Yvette była wyraźnie rozzłoszczona. Oboje postanowili użyć wiele mówiącego braku komentarza i milczenie trwałoby jeszcze dłuższą chwile, gdyby nie fakt, że brzemienna w niewypowiedziane uwagi cisza została przerwana w sposób równie gwałtowny, co dziwnie pasujący do narastającego napięcia. W oddali zagrzmiało. Bardzo głośno.

 Przestraszona Yvette podskoczyła na oknie, a bolesne uderzenie w głowę bynajmniej nie poprawiło jej nastroju. Błyskawice ciskane przez jej oczy stały się jakby bardziej namacalne, tracąc powoli swój - jak dotąd jedynie metaforyczny - charakter.

 - Burzy nie było w planach na dzisiejszy wieczór... - stwierdził autorytatywnie Dziki Mag. Wreszcie po rwaniu w krzyżach bezbłędnie przewidywał większe ulewy.

 Podszedł do okna i zaczął przecierać szybę rękawem. Podczas gdy jego szata posłusznie się pobrudziła, na szybie operacja ta zdała się nie sprawiać większego wrażenia, a efekt rozmazania brudu w najmniejszym stopniu nie poprawił widoczności - świat za oknem dalej było widać jedynie w grubszych zarysach. Faktem jest, że w tym przypadku nie trzeba było nic więcej. Chociażby z tej przyczyny, że nawet bardzo niewyraźnie widziane tornado jest dosyć łatwe do rozpoznania. To, które właśnie się zbliżało do wieży było czarne i posiadało ułatwiający identyfikację lejkowaty kształt. W środku błyskało się intensywnie, a całość, zbliżająca się w zastraszająco szybkim tempie, wydawało się nie mieć szczególnie przyjaznych zamiarów w stosunku do nadwerężonej upływem czasu i magicznymi eksperymentami wieży.

 - Tylko tego nam do szczęścia brakowało - zauważyła Sidhe patrząc na Maga z głębokim wyrzutem. - Jak ty to robisz, że w twoim otoczeniu zawsze mają miejsce nieprawdopodobne wydarzenia?

 Mag skrzywił się paskudnie, pomruczał coś pod nosem w skupieniu i, zaczerpnąłszy głębiej powietrza, zaczął mentorskim tonem:

 - To zjawisko, choć klimatycznie trudne do wyjaśnienia i niemożliwe do przewidzenia, było od początku niestety dość prawdopodobne - jest zapewne temporalnie uprzednim skutkiem ortotaumaturicznych składowych fraktalnych... zresztą nic ci to nie powie. Przyjmij po prostu, iż niektóre pochodne dzikiej magii są nieuniknione i na dodatek tak naturalne jak dla zwierząt bieganie po puszczy.

 - Domyślam się, że nie masz w tym momencie na myśli ryb?- zapytała Yvette patrząc na Maga z wyraźnym politowaniem

 Mag warknął złowieszczo.

 - A książka? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, ze jej jeszcze nie znalazłeś...

 - Nie jest mi aż tak bardzo potrzebna, a już na pewno nie w ciągu najbliższych dwudziestu minut - mruknął Dziki Mag, zaczynając niemal równocześnie inkantację czaru teleportacji.

 Yvette stanęła obok mamroczącego jakieś magiczne bezsensowności czarodzieja i zaczęła przytupywać w nerwowym oczekiwaniu. Mag zaciął się przy jakimś dłuższym słowie, składającym się pozornie z samych gardłowych spółgłosek i warknął nieuprzejmie:

 - Przestań mnie rozpraszać! Nie chcesz chyba wylądować na dnie malowniczego jeziora polodowcowego lub na szczycie budzącego się właśnie wulkanu - dodał z zachęcającym uśmiechem.

 Yvette przemyślała zaproponowane możliwości oraz dodatkowo kilka innych, nie mniej nieprzyjemnych i doszła do wniosku, że ewentualnie mogłaby rozważyć powściągnięcie nerwów przez parę sekund. Kosztowało ją to jednak sporo energii, więc w ramach niewielkiej rekompensaty poprawiła sukienkę, żeby przynajmniej ręce czymś zająć.

 - nGk&chnknnghdh telecom aghistear chuaigh... - kontynuował Dziki Mag, ale zanim udało mu się wykrztusić całość zaklęcia srebrzysty dodekagram wtopiony w posadzkę zamrugał ostrzegawczo i zgasł ze smutnym westchnieniem.

 - Ina dhiabhail!!! - zaklął czarodziej i zmierzył wściekłym wzrokiem bogom ducha winną i nietypowo cichą Yvette. - W takim momencie?! Tylko dlatego, że nie rozliczyłem się z kredytu teleportacyjnego za poprzedni miesiąc?!? Liczykrupy!!! - krzyknął wygrażając pięścią niewidzialnym winowajcom.

 - A nie masz wrażenia, że może wypadało odkurzyć teleport? - zapytała Yvette dokładnie w tym momencie, gdy tornado dotarło do wieży.

 Trzasnęła szyba, na której Dziki Mag rozmazał brud. W chwile potem druga, ta już raczej dziewiczo brudna.

 'Przynajmniej się wreszcie przewietrzy,' pomyślała Yvette i w tej samej chwili szarpnięta za ramię przez właściciela wieży doszła do wniosku, że rozsądniej jednak będzie zmienić miejsce pobytu.

 - Hehehehe - zaczął opętańczo rechotać Mag, potykając się w biegu na co równiejszych fragmentach podłogi. - Kiedy nie można liczyć na normalna teleportację, przydaje się...

 Zwolnił nieco bieg przed dziwnie wyglądającym portalem strzeżonym z obu stron przez starannie wyrzeźbione gargoyle.

 - ...komórka!!! - dokończył tryumfalnie i jednym energicznym susem runął głową w przód przez podejrzane drzwi, nie fatygując się ich uprzednio otworzyć. Yvette, pociągnięta za rękę, zanurzyła się w niematerialnych deskach i poczuła na skórze znajome mrowienie spowodowane wysokim potencjałem magicznym. Jedna z gargoyli zamrugała ślepiami ze zdziwieniem, ale doszedłszy do wniosku, że oprócz samego Maga nikt nie odważyłby się przekroczyć progów jego niebezpiecznego domostwa, zaklasyfikowała Yvette jako wyjątkowo udaną iluzję, ziewnęła ostentacyjnie i zapadła z powrotem w kamienny sen.

 Wycie tornada gwałtownie ustało. Yvette, nieco jeszcze zszokowana, zaczęła się rozglądać po wykonanych z grubo ciosanych bali ścianach. Pomieszczenie można nawet było określić mianem przytulnego, gdyby nie dziwne uczucie niepewności czy też obawy, które ogarnęło ją zaraz po wejściu i przyprawiło o uczucie mrowienia na plecach. Uczucie to niwelował nieco roztaczający się wokół zapach świeżego siana, ale nie na tyle, żeby mogło to mieć większe znaczenie dla jej samopoczucia.

 - A tak właściwie to gdzie jesteśmy? - zapytała Yvette, mając cichą nadzieję, że Dziki Mag mógłby przez czysty przypadek być świadomym tego dość istotnego szczegółu.

 - To moja magiczna chatka w górach - oświadczył Mag ze słabo ukrywana dumą w głosie. - Co prawda nie znajduje się w prawdziwych górach, tylko u mnie w piwnicy, ale poza tym dbałość o szczegóły jeszcze zdąży cię zaskoczyć...

 'Szczególnie zaskakujący jest ten kamienny sufit,' pomyślała Yvette, ale nic powiedziała, doszedłszy do wniosku, iż byłoby to bardziej brutalne od zabrania kości szczeniakowi. Przechwałki właściciela tłumaczyły jednak owo niepokojące uczucie czające się gdzieś na granicach podświadomości: nie mogło to być nic innego jak utrzymywany iluzją lęk wysokości.

 Mag tymczasem rozpalił ogień w kominku nie siląc się bynajmniej na podejście do niego, odetchnął pełną piersią świeżym, zapewne fantasmagorycznie górskim, powietrzem i wyciągnął się leniwie w fotelu.

 - Teraz trzeba odpocząć, bo atmosfera jest tu, oczywiście, dużo rzadsza niż w dolinach - jako że musimy trochę czasu posiedzieć bezczynnie, Yvette, co powiesz na partyjkę kości?

 - Ufam, że bez oszukiwania - upewniła się Yvette, w głębi ducha mając nadzieję, że ta reguła stosować się będzie jedynie do jej przeciwnika.

 - Ależ oczywiście - potwierdził równie obłudnie Dziki Mag i oboje wybuchnęli śmiechem.

 Mag zręcznym ruchem starego hazardzisty wyciągnął z jednej ze swych licznych kieszeni kubek z kośćmi, potrząsnął nim z ostentacyjną uczciwością i powoli wysypał jego zawartość na stół.

 Niewątpliwie fakt czy się kości wysypuje razem czy też pojedynczo nie powinien mieć większego znaczenia, ale albo Mag nie był świadom tej prawidłowości, albo jednak mimo wszystko próbował jakichś dzikich sztuczek. Ostatnia kość podejrzanie długo nie mogła sobie znaleźć miejsca pośród leżących już na stole towarzyszek. Stanęła na kancie, pokiwała się niezdecydowanie i po sekundzie padła wreszcie na jeden z boków - na stole leżała czwarta szóstka.

 - Oszukujesz - syknęła Yvette i popatrzyła na Maga wzrokiem bazyliszka. Olśniewająco uroczego, lecz jednak bazyliszka.

 - To jest całkiem uczciwie rzucona kareta - w oczach Maga przez moment zalśniło coś przypominającego trupie czaszki, choć równie dobrze mogło to być jedynie odbite światło świecy, do której podleciała zbyt blisko jakaś nieuważna ćma.

 - Ani uczciwie, ani zgodnie z prawami fizyki! - Yvette, choćby dla zasady, ani przez myśl nie przeszło uwierzyć w zapewnienia przeciwnika.

 - Mogło mnie akurat nie być na tym wykładzie - powiedział Dziki Mag wymijająco i zrobił minę kogoś, kto poza tym jednym był na wszystkich innych. - Zapisz mi 48 i graj!

 Yvette zapisała, westchnęła i oszczędnym, wdzięcznym ruchem rzuciła pięć szóstek. Mag popatrzył podejrzliwie na kości i wziął jedną z nich do ręki. Dyskretny ruch dłonią, który wykonała Yvette był spóźniony o ułamek sekundy. Mag zdążył odkryć, że na wszystkich ściankach kości widniało po sześć oczek.

 Kontynuowanie gry wydało się nagle obojgu zupełnie bezsensowne: Mag wiedział, że w następnej kolejce Yvette zapisze sobie 160 za pokera rzuconego z ręki - Yvette tymczasem miała zapewne zupełnie płonną nadzieję, ze fantazja Maga nie podsunie mu pomysłu wyrzucenia samych siódemek.

 - Może byś tak zrobił tego twojego wina - zaproponowała Sidhe. - Tylko pamiętaj, że jeżeli ma być wytrawne, to niejako z definicji nie może być słodkie jak konfitury.

 Dziki Mag, choć urażony, postanowił się tym razem nie kłócić. Prawdę mówiąc przeważnie nie protestował, gdy ktoś prosił go o zastosowanie jednego z jego bardziej pożytecznych czarów. Pomamrotał tajemniczo nad butelką krystalicznej, górskiej wody i oznajmił, ze boski napój jest już gotowy. Rozlał wino do kryształowych kieliszków, będących efektem piętnastominutowego marudzenia Yvette, dwóch glinianych kubków oraz pomniejszej iluzji wzrokowo-dotykowej.

 Yvette z gracją ujęła naczynie, upiła kulturalny łyczek i... nie wypluła jego zawartości na Maga tylko dlatego, że była dobrze wychowana i przełknęła z wyraźnym trudem, krzywiąc się uroczo, acz niemiłosiernie. Rzucanie dopiero co skonstruowanym kieliszkiem byłoby oczywistym marnotrawstwem, więc niejako w zastępstwie oczy Yvette cisnęły w czarodzieja niewypowiedzianym przekleństwem.

 - To jest ocet, nie wino!!! Musiałeś coś pomieszać!

 - Nie smakuje ci, Pani? - spytał Dziki Mag. - Czyżby wino było jednak zbyt wytrawne?

 Niewinna mina czarodzieja miała sprowokować Yvette do kwaśnego komentarza, ale słowa uwięzły jej w gardle. Coś było zdecydowanie nie tak.

 - Czy twoja chatka w górach cierpi na dekoratorskie rozdwojenie jaźni? - zapytała Sidhe ostrożnie. Była już właściwie przyzwyczajona do nieprzewidywalnych efektów ubocznych dzikiej magii, lecz nadal nigdy nie miała pewności, które z nich są choćby w niewielkim stopniu zamierzone. Mag doszedł do wniosku, że nie ma pojęcia o co chodzi i rozejrzał się podejrzliwie. Podejrzliwość ta była jak najbardziej uzasadniona, ponieważ chatka miała teraz ściany przypominające zielony zagajnik.

 Chwila uważniejszej analizy sytuacji pozwoliła mu na ustalenie, że było wręcz przeciwnie: to właśnie zagajnik przypominał odrobinę ściany dotychczasowej chatki. Łąka, na której stali, była jak najbardziej realna. To samo, niestety, dotyczyło stojącej na kilka kroków przed nimi hydry...

 Hydra miała cztery głowy, oślizgłe zielonkawe cielsko i liczne znaki po ospie. Każda z głów wlepiała w nich właśnie po parze wodnistych ślepi - które były lekko przekrwione, jakby ich właścicielka cierpiała na gigantyczny sienny katar lub była tragicznie niedopita.

 Yvette, wytraconej odrobinę z równowagi nieoczekiwanym spotkaniem, najbardziej nie podobały się nieestetyczne znamiona pochorobowe, Dzikiemu Magowi zaś dla odmiany ilość głów. Mag z własnego, całkiem bujnego i nieprzyjemnie osobistego doświadczenia wiedział, że jeżeli szybko czegoś nie zrobią, jedna z owych głów całkowicie wystarczy, by zapewnić im już wkrótce przyspieszone przeniesienie się na łono... no cóż, kogokolwiek nadstawiającego swoje łono w celu przenoszenia się nań.

 Czarodziej, mimo że od dawna daleki od klasycznie rozumianej religijności, zaczął intensywnie poszukiwać w pamięci imienia boga, któremu złożyłby ostatnio jakąś ofiarę. Po krótkiej, acz intensywnej analizie doszedł niestety do wniosku, że musi cierpieć na selektywną teoamnezje, bo jakoś nic mu się nie przypominało

 W ramach rekompensaty, mającej dość umiarkowany związek z panteonem, przyszły mu do głowy słowa inkantacji sprowadzającej magiczne błyskawice. W im większej ilości, tym lepiej.

 Nie zdążył jednak nawet dobrze zacząć, gdy kostropata właścicielka czterech wrednych pysków niespodziewanie kłapnęła mu jedna z paszczy przed nosem i zapytała lekko sepleniąc:

 - Nie macie casem cegoś od bólu głowy?

 Maga zatkało w pół frazy. Nie mniej osłupiała Sidhe próbowała ze wszystkich sił uśmiechnąć się niezobowiązująco - w efekcie tych starań uzyskała nieoczekiwanie coś pomiędzy wyrazem bladego strachu a niesympatycznym skrzywieniem. Powodem tej reakcji nie była bynajmniej migrena stwora, ale raczej jego oddech - gdyby przystawić do niego zapałkę, rezultatem na pewno byłoby ogniste zionięcie. Yvette odniosła wrażenie jakby właśnie weszła do najpodlejszej speluny we wszechświecie i zdołała się utrzymać na nogach tylko dzięki niespodziewanie szybkiemu refleksowi Dzikiego Maga, którego usłużne ramię powstrzymało ja przed osunięciem się na ziemię.

 - To jak będzie s tym lekalstwem? - zionęła hydra, zaczynając w sposób widoczny się niecierpliwić....

 Sidhe doszła do wniosku, że przez chwilę nie musi być wcieleniem odwagi i cofnęła się o trzy kroki. W przeciwieństwie do Maga, który poszedł jej śladem, nie zrobiła tego ostentacyjnie, choć hydrze wyziewy wywoływały u niej coraz silniejsze zawroty głowy.

 - Spróbuję wstrzymać oddech, może uda mi się nie zemdleć - szepnęła Yvette wyraźnie blednąc.

 - Tylko wtedy - mruknął ciągle jeszcze trzeźwo Dziki Mag - kiedy uda ci się wstrzymać jej oddech, nie swój.

 Koścista osoba czarodzieja nie wydawała się Sidhe najlepszym oparciem, ale ponieważ było ono lepsze niż nic, więc Yvette na wszelki wypadek zacisnęła mocno palce na ramieniu Maga. Mag syknął czując wbijające się paznokcie, a potem wypalił oskarżycielsko do zielonkawego stwora:

 - A ty nie powinnaś tyle pić, jeżeli masz takie słabe głowy!

 - Jakbyś miał ctely głowy, s któlych kazda lubi inny alkohol, to byś tes niescególnie się cuł - zasepleniła hydra.

 - Cóż, podobno na ból głowy najlepiej pomaga otwarte złamanie - poradził Mag przyjacielsko, zacząwszy się nieco dziwnie uśmiechać.

 Yvette najwyraźniej nie zgadzająca się z tą filozofią postanowiła zakończyć jak najszybciej niesympatyczne spotkanie.

 - No dobrze - powiedziała wypuszczając gwałtownie resztkę powietrza i wyciągając cos z torebki. - Oto twoje lekars...

 Hydra nie czekając na wyjaśnienia łapczywie porwała antidotum na swoje dolegliwości i przełknęła na sucho razem z opakowaniem. Rozległo się donośne beknięcie, co spowodowało, że jedna z pozostałych głów, znajdująca się w tym momencie najbliżej, padła zemdlona. Trzy przytomne zwieńczenia kręgosłupów zamarły w nerwowym oczekiwaniu, a potem całe gadzie jestestwo oddaliło się pospiesznie w stronę pobliskiego zagajnika.

 - Ostatnio skarżyłaś się... hep!... że zioła na ból głowy ci się skończyły - Dziki Mag, choć ciągle dociekliwy, rozkleił się już całkowicie.

 - Bo się skończyły. Czego nie da się powiedzieć o ziołach na przeczyszczenie.

 - ...atmosfery - dokończył z teraz już wyraźnie pijacką satysfakcją Mag. - No tak...kaca chyba na jakiś czas będzie miała... HEP!!!... z głów. Mimo to może się jednak w jakieś bezpieczne miejsce przeniesiemy - stwierdził Mag niezbornie zabierając się do rzucenia czaru.

 - Czarowanie możesz sobie darować ponieważ domyślam się, że twój rachunek za teleportację nie zdążył się zapłacić w międzyczasie - stwierdziła pospiesznie Yvette, jako że za żadne skarby świata nie chciała poznać efektów ubocznych pijanej dzikiej magii. - Niestety będziemy zmuszeni pójść piechotą - dodała patrząc żałośnie na swoje szpilki zrobione z delikatnej skórki.

- Iść? - zdziwił się niemrawo Dziki Mag. - P-p-p-przecież ja nawet do łóż- HEPP!!! -ka się teleportuję! - dodał z oburzeniem, które obserwator nieświadom braku religijności czarodziei uznałby pewnie za święte.

Yvette już całkiem odruchowo skuliła się na okoliczność niespodziewanego efektu zaklęć Dzikiego Maga. Tym razem jednak Mag przeszedł samego siebie - zanim zdążył zdecydować się na jakikolwiek czar zmożony nagle magicznie indukowanym napadem narkolepsji runął jak długi na ziemię i zaczął straszyć okoliczną zwierzynę nieregularnymi chrapnięciami, które mogłoby samym dźwiękiem ścinać wiekowe dęby.

- Niech śpi - mruknęła łaskawie Sidhe, wybrawszy sobie przytulnie miękką kępkę płonnika. - Być może przed rankiem jakoś się te hydrze wyziewy w nim, hmmm, zhydrolizują...

Wieczór był ciepły i cichy - okrąg niebios... no cóż, może nawet był gdzieniegdzie chmurkami zasłany, ale różowawy nie był nigdzie i to w najmniejszym stopniu, co kojąco działało na psyche zmęczonej wypadkami dnia Yvette. 'Prześpię się maleńką chwilkę...' zdążyła jeszcze pomyśleć, nim zapadła w słodki sen.

Trwał on dokładnie czterdzieści trzy i pół sekundy, a zakończył się na skutek nieludzkiego dźwięku, który wydobył się z gardła Dzikiego Maga. Sidhe postanowiła wspaniałomyślnie wziąć pierwszą wartę, licząc po cichu, że zmiennik obudzi się przed świtem, by ją zastąpić.

Upływ czasu odmierzany był równomiernym szumem lasu, chłodem bezchmurnej pogody i narastającą złością Yvette. Nadejście północy skrupulatnie oznajmiły sowy. Gatunki trzymające się tradycyjnego sposobu oznajmiania godzin zahukały dwanaście razy; ich zreformowane kuzynki podzieliły się na dwa obozy - jeden oddał dwadzieścia cztery szybkie pohukiwania, drugi obwieścił nadejście godziny zero donośnym brakiem sygnałów dźwiękowych.

Żadne jednak z leśnych hałasów nie mogły iść w zawody z chrapaniem Dzikiego Maga - miało ono natężenie zdolne obudzić nieboszczyka o sporym stażu. Yvette z braku doświadczenia w rzeczonym w ogóle nie była w stanie zasnąć. Wypróbowała już wszelkie znane jej metody. Gwizdanie i cmokanie nie pomagało. Równie bezskuteczne były próby przewrócenia Maga na drugi bok. O ile samo przewrócenie czarodzieja nie nastręczało większych trudności, ze względu na jego anorektyczną wręcz budowę fizyczną, o tyle rezultatów pod postacią wyciszenia jego wątpliwej jakości serenad jakoś nie sposób się było doczekać. Zatykanie nosa... nie, są rzeczy, do których żadna szanująca się Sidhe nigdy się nie posunie.

Yvette ostatecznie poddała się, wyjęła Tarota i postanowiła wywróżyć Magowi coś wyjątkowo paskudnego. Udało się bez problemu – bardzo niefortunny układ kart oraz głośny trzask w krzakach nastąpiły nieomal jednocześnie. Yvette szybkim ruchem zgarnęła karty, dochodząc do wniosku, że za chwilę wszystko wyjaśni się w naturze. Natura nie dała długo na siebie czekać - liczne cienie przemykające na granicy pola widzenia należały bez wątpienia do wilków.

'Mam nadzieję, że nie przyszły tutaj zwabione moim gwizdaniem,' pomyślała raczej bez wiary Yvette, próbując jednocześnie dobudzić Maga. Metoda gwałtownych wstrząsów spowodowała jedynie nową salwę metalicznych chrapnięć i dopiero bolesne wbijanie paznokci pod żebra poskutkowało. Mag leniwie otworzył jedno oko i ziewnął:

- Co się dzieje do...

- Albo szybko rzucisz jakiś czar albo zaraz będziemy głównym daniem wilków – spokojnie i rzeczowo Sidhe wyjaśniła sytuację. Zaczynała już rozumieć, że nic nie niepokoi jej towarzysza w równym stopniu, co spokój i rzeczowość.

Mag usiadł gwałtownie, przetrawił usłyszane wieści i otrząsnął się z obrzydzenia - jeżeli czegoś w życiu naprawdę nienawidził, to rozstawania się z nim w czyimś oślinionym, śmierdzącym pysku. Na dodatek zapach psiej sierści przyprawiał go zawsze o mdłości. Yvette pieczołowicie chowała karty do Tarota. Wilki uśmiechały się wzrokiem szczęśliwych znalazców zakąski. Sytuacja zaczynała być napięta.

- Złap się mnie mocno - szepnął ostro Dziki Mag, zakasał wprawnym ruchem przydługie rękawy swej szaty i zaczął czarować. Spomiędzy jego zaciśniętych nerwowo zębów popłynęły dziwaczne słowa w tajemnym języku magii, słowa, które zapisane na papierze zapewne zjadłyby kartkę, pokryłyby stół nieprzyjemnym śluzem i zbiegły w niewiadomym kierunku zanosząc się schizofrenicznym chichotem.

Yvette doszła do wniosku, że na bezpieczną odległość od Maga i wilków uciec nie zdąży, więc z odczuciem bezsilności poddała się dyspozycjom. Mag z wyjątkowym dla siebie rozsądkiem postanowił nie spalić całego lasu i zastosował mało spektakularny, acz skuteczny, czar latania. Z bezchmurnego nieba lunęła ściana deszczu pachnącego lekko lawendą, ale czarodziej całą siłą woli wmówił sobie, że miał on jak najbardziej naturalne pochodzenie. Tłumaczyłoby to zresztą pochodzenie olejku lawendowego.

- Moja torebka! - krzyknęła z rozdzierającą serce rozpaczą Yvette, gdy tylko posadził ich na bezpiecznie wysokiej gałęzi sędziwego dębu.

- Wilki nie jedzą torebek, moja droga - Dzikiemu Magowi obca była idea właściwej pielęgnacji przedmiotów skórzanych, ale każda okazja do uszczypliwych uwag pod adresem Yvette była zbyt dobra, by się jej pozwolić zmarnować.

'Może i nie, ale jestem w stanie przysiąc, że nie chrapią,' pomyślała Yvette, której pojawienie się drapieżników było w ostatecznym rozrachunku raczej na rękę. W końcu mogła im po cichu wyperswadować głupie pomysły natury dietetycznej, ale wtedy Mag pewnie dalej katowałby ją dźwiękowym produktem ubocznym swych dzikich snów.

Czarodziejskie pomruki Dzikiego Maga przeobraziły dębową, niewygodną gałąź w dębowe, niewygodne łóżko. Niespodziewanym efektem tego magicznego popisu był brak jakichkolwiek niespodziewanych efektów.

- Czy przy okazji nie mógłbyś mi wyczarować poduszki? - Yvette jeszcze próbowała kusić los.

- Jak byś mi podała poszewkę i kilo pierza, to z przyjemnością - odburknął Dziki Mag, starając się bezskutecznie przypomnieć sobie na którym właściwie boku lepiej mu się zasypia. 'To nic,' pomyślał w końcu. 'Zasnę na wznak. Niektórzy twierdzą, że wtedy całą noc chrapię, ale przecież Yvette na pewno powiedziałaby mi coś na ten temat, gdyby tak było...'

***

Dziki Mag generalnie nie lubił przebudzeń i tolerował je tylko dlatego, że bez nich trudno byłoby się znowu kłaść spać. Tego ranka było jednak gorzej niż zwykle: nie dość, że obudził się w części doby uznawanej za dzień jedynie przez koguty i skowronki, to jeszcze aura postanowiła porozwieszać na niebie zasłony chmur w kolorze futra myszy utopionej w wiadrze pomyj. Fale drobniutkiego dżdżu walczyły w powietrzu o lepsze z pasmami gęstej, oślizgłej mgły. Yvette ciągle jeszcze spała; zwinięta nieomal w kłębek bardziej niż zwykle przypominała małą, lecz bynajmniej nie bezbronną, kotkę.

Samo mżawka czy zimno nie obudziłyby Maga nigdy - czarodziejem zostawało się w końcu po tak długich latach przesiadywania w zawilgoconych i niedogrzanych wieżach, że nawet reumatyzm nie był się w stanie dłużej w czarodziejskich kościach utrzymać, zaś spanie w takich warunkach było dla magików wręcz wymogiem zawodowym. Głód budził dużo skuteczniej, i to właśnie jemu Dziki Mag zawdzięczał powrót do świata dziennych koszmarów.

- Jedzenie... jedzenie... - mruczał do siebie pod nosem, rozglądając się raczej bezradnie po okolicy. Nigdzie nie było widać śladów kuchni, a to przecież stamtąd brały się śniadania - z tego co wiedział, nie spotykało się ich w lasach w stanie dzikim. Do jajek potrzebne były kury, do mleka i chyba nawet sera - krowy, natomiast do kiełbasy - rzeźnik. Brak tych stworzeń w lesie rzucał się od razu w zielone oczy Maga. 'Czarami dnia lepiej nie zaczynać', pomyślał przewidująco. 'Zresztą do magii spożywczej lepiej nie zabierać się na czczo. Pusty żołądek może nie poradzić sobie z dzikimi efektami.' Z jednej z rozlicznych kieszeni w swoich szatach wyciągnął zużyte już w znacznym stopniu jabłko.

Wiercenie się, pomruki i mlaskanie Dzikiego Maga obudziły wreszcie Yvette. Przeciągnęła się oszczędnym, kocim ruchem, rozejrzała się po okolicy, wciągnęła przez nos powietrze, zsunęła się na ziemię i znikła między drzewami, rzucając na odchodnym:

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko grzybom na śniadanie. Rozpal w międzyczasie ogień, chyba że wolisz je jeść na surowo.

Grzybobranie tak zaabsorbowało Yvette, że nie zwróciła uwagi na niski, huczący dźwięk, jaki dobiegł do niej od strony obozowiska. To, co zastała po powrocie, zaskoczyło ją więc nieco. Na środku polanki, starannie wypalonej w promieniu stu pięćdziesięciu metrów od dębu, na którym spędzili noc, uwijał się przy kuchennym, osmalonym piecu pokryty sadzą Dziki Mag, pogwizdując radośnie przez zęby.

- Jak tam magia dzisiejszego ranka? - zapytała niewinnie.

- Nigdy lepiej - odparł beztrosko Mag. - Zawsze twierdziłem, że jak się zabrać do uczciwej roboty, to się człowiekowi cieplej robi. Co z grzybami?

Yvette z dumą pokazała całe naręcze malowniczych kapeluszy.

- Ten to chyba jest trujący - orzekł powoli Dziki Mag, obdarzając nieufnym spojrzeniem grzyb charakteryzujący się ognistoczerwonym kapeluszem nakrapianym na biało - Podobno dlatego, że sikają pod nim krasnoludki...

- Jedno to przesada, a drugie bujda - wytłumaczyła Yvette cierpliwie. - Trujący na pewno nie jest, może jedynie odrobinę halucynogenny. Ten natomiast - pokazała zielonkawobiały egzemplarz - byłby może niebezpieczny, ale wiem jakie zioła należy dodać, aby zneutralizować truciznę. Nie masz się więc czego obawiać - na ziołach naprawdę się znam.

- Hmmmm... - Dzikiemu Magowi trudno było przezwyciężyć podejrzliwość. - Właściwie to wolałbym jakieś mięso. Albo jajka. Albo ser.

- Z drobiu są tylko kurki - upierała się przy swoim Sidhe - ale jajek to ci one raczej nie zniosą. A ser, jak znam twoją magię, pewnie i tak wyczarowałbyś sobie pleśniowy...

Zapanowało milczenie. Jego bezproduktywność nasunęła Yvette na myśl niepokojące przypuszczenie.

- Czy mamy jakieś ciekawe plany na najbliższą przyszłość? Od dłuższego czasu nic nie robimy, poza włóczeniem się tu i tam i poddawaniem się efektom twoich czarów, żeby to chociaż było zabawne, że już o aspektach bezpieczeństwa nie wspomnę.

- Bycie czarodziejem to bardzo ciekawe zajęcie - Dziki Mag obruszył się wyraźnie. - Zabiera mi tyle czasu, że naprawdę nie mogę w terminarz wcisnąć niczego innego. Zresztą, co chciałabyś robić? Czym się normalnie zajmujesz?

Yvette nie była wcale pewna, co chciałaby robić, wiedziała za to aż nazbyt dobrze, że dotychczasowe zajęcia nie były szczytem jej marzeń.

- Moglibyśmy poodpoczywać... Pozwiedzać świat... Poznać się lepiej... - wyliczyła na jednym oddechu, ale zaraz się zreflektowała. - Oczywiście bez podtekstów.

- No myślę - wyburczał Mag, który podejrzewał istnienie nie do końca jednoznacznego związku między poznawaniem kobiet a umiejętnościami magicznymi. Ogólna zasada zdawała się mówić, że im lepsze to pierwsze, tym gorsze drugie. - A tak w ogóle to nie wiem o co ci chodzi. Cały czas nic nie robimy, tylko odpoczywamy, zwiedzamy świat i poznajemy się lepiej.

- Jeżeli za zwiedzanie świata przyjąć wydostanie się z twojej wieży, to pewnie nawet to robisz... - Yvette złośliwie zmrużyła oczy. - Ale żeby podróżowanie coś dawało, poszerzało horyzonty, trzeba się odrobinę wysilić.

- Trzysta sześćdziesiąt stopni większości istot absolutnie wystarcza - żachnął się Dziki Mag. - Ja się do nich, przedstaw to sobie łaskawie, zaliczam. Podróżuję tylko wtedy, kiedy muszę, a nowych ludzi poznaję jedynie jeżeli już nie ma innego wyjścia. Wysilać się nie lubię, zostawiam to tym, którzy swoimi wysiłkami chcą zbawić świat - ja do nich nie należę.

- Trudno dać wiarę - ironia Yvette gryzła i drapała.

- A jednak - Mag, najwyraźniej uodporniony magicznie na ironię, wzruszył ramionami.

- I nie pomagasz nawet nieszczęśliwym królewnom, zamkniętym w wieżach przez złych czarowników? - kpiła już w żywe oczy Sidhe.

- Nie. Choć głównie dlatego, że to mityczne stworzenia, takie księżniczki. Te, które siedzą w wieżach czynią to raczej z własnej woli i to czarownikom należałoby współczuć.

- To może przynajmniej wybierz się na krucjatę _przeciwko_ księżniczkom - nie dawała za wygraną Yvette. - Zapewniałbyś kolegom po różdżce pierwszą pomoc.

- Im raczej zdałaby się bardziej ostatnia posługa - zauważył kwaśno czarodziej.

- To może się przekwalifikujesz, podobno odpowiednio prowadzony zakład pogrzebowy przynosi spore zyski - Yvette sprawiała wrażenie, że mówi całkiem serio.

Dziki Mag otrząsnął się z obrzydzenia.

- Nie proponujesz mi chyba nekromancji? Pomijam fakt, że prawie wszędzie jest nielegalna i potępiana przez większość wyznań, to na dodatek jestem uczulony na trupi jad od czasu korzystania z uniwersyteckiej kantyny.

- Ale pomijając Twoje gusta kulinarne to.. poczekaj chwilę - Yvette nagle zastygła i zaczęła coś szeptać sama do siebie.

- No tak, jak się kończą poważne argumenty to najlepiej zmienić temat - mruknął Mag pod nosem.

Po paru minutach Yvette przestała mieć błędny wzrok , odetchnęła głęboko i oznajmiła: - Merlin wraca z wakacji, umówiłam się z nim nad morzem, tak nawiązując do naszego odpoczywania. Mam nadzieję, że na słoną wodę nie jesteś uczulony? Uwielbiam morze - ciągnęła dalej Yvette z błyskiem rozmarzenia w oczach nie czekając na odpowiedź - szum fal rozbijających się o ostre skały, krzyk mew, zachody słońca na plaży, gorący piasek po którym można chodzić boso, wiatr we włosach, romantyczne spacery przy świetle księżyca...

Dziki Mag zrobił zdecydowanie przerażoną minę...

 

Ciąg dalszy, jak to ciąg dalszy, prędzej czy później nastąpi...